sobota, 2 kwietnia 2011

Cosa nostra e vostra??? - czyli tym razem o Lidze Mistrzów.

            Także  w tym roku los skojarzył Internazionale  i Bayern. Także w tym roku była to walka o coś więcej niż awans. Także w tym roku oba zespoły były ostatnimi (lub przedostatnimi) przedstawicielami swoich lig w LM, jak i w europejskich pucharach w ogóle. Stąd żadnego zaskoczenia nie stanowiło podwójne dno tej potyczki. Włosi i Niemcy znów walczą między sobą.
To, ile drużyn grać będzie o pieniądze LM, a ile będzie udawać rywalizację w biedniejszej Lidze Europejskiej zależy od wskaźników, punktów, wyników… itd. A szczerze, to od tego kto przejdzie dalej. Także w tym roku Inter okazał się lepszy, choć nie bez problemów.
            Nie będę obiektywny. Nie do tego stworzono blogi.  Emocje  w trakcie tego  spotkania były ogromne, humory zmienne, a wynik sprawiedliwy. Inter zwyciężył i mimo, iż niewielu w to wierzyło, wciąż zachował szansę na obronę tytułu. Gdyby wsłuchiwać się w puls Mediolanu i w głosy, które dochodziły ze zgrupowań Nerazzurich, to pewnie można by rzec, że przesłanki tego były. Piłkarze Internazionale obsesyjnie, jak utrzymują źródła, myśleli o rewanżu na Allianz Arena i nikt nie dopuszczał myśli o porażce. Przegraną na San Siro uznawali za koszmar, największą plamę w ich sportowych karierach. Plamę, którą z niespotykaną agresją i determinacją chcieli jak najszybciej zmazać.
Mecz był niesłychanie emocjonujący i, nie wdając się w szczegóły, udowodnił, że Inter ma pokłady ambicji i fantazji wręcz niespotykane, ale brakuje im taktycznego wyrachowania i „zimnej krwi” tak charakterystycznej dla drużyny Mourinho. Leonardo jest czarodziejem, dobrym duchem i największym fanem drużyny. Ale fakt, iż nie potrafi „postawić autobusu w bramce” gdy wymaga tego sytuacja, nie rokuje sukcesów. Nie byłoby zwycięstwa w LM gdyby nie wygrana w Mediolanie z Barceloną, to fakt. Ale nie było by go także, gdyby nie heroiczne catenaccio w meczu  rewanżowym, po niesłusznej kartce dla Motty. Catenaccio, które spowodowało, że jedyną szansą Barcy na odegranie się było włączenie zraszaczy uprzykrzających celebrowanie pokonanie rywala na jego własnym terenie.
Odsłonę mediolańską potyczki z „Dumą zraszaczy” oglądałem w restauracji w Neapolu. I nie mam złudzeń - specjalnego sentymentu do Internazionale nie wyczułem. Była radość po bramce Pedro, była po bramce Interu, pojawiały się złośliwe komentarze o Mediolańczykach. Najpierw nie rozumiałem, później przytaknąłem- „było, nie było jestem na południu”.
A piszę o tym w rocznicę zjednoczenia Włoch przez Garibaldiego, zjednoczenia które wszystkim wydaje się pozorne i wątpliwe. Nic nie łączy Neapolitańczyka z mieszkańcem Turynu. Bari i Mediolan- to wciąż odrębne galaktyki. Genoa i Palermo… leżą nad morzem… nic więcej.
Czy więc zwycięstwo Interu nad Bayernem znaczyło coś dla przeciętnego mieszkańca Włoch. Wierzę, że tak. A w wierze tej utwierdza mnie pamięć jednego zdania, które usłyszałem we wspomnianej restauracji w Neapolu. Będąc największym fanem Nerazzurich w owym miejscu usłyszałem w przerwie od neapolitańczyka- „ Vinciamo, vinciamo”.
A jednak „my” pomyślałem…
To dobrze. Już wkrótce mecz z Schalke.

1 komentarz:

  1. http://tylkoglupcyumieraja.blogspot.com/
    Zapraszam do mnie !
    Cosa Nostra .

    OdpowiedzUsuń