niedziela, 10 kwietnia 2011

„Myślę, że nie stało się nic”- czyli o ostatniej kolejce słów kilka.

            Tak śpiewał niegdyś Robert Gawliński z zespołem Wilki. I mógłby zaśpiewać tak też po minionej serii spotkań Serie A. Trzy czołowe drużyny odniosły planowe, bezproblemowe zwycięstwa i tym samym przedweekendowe status quo na Półwyspie Apenińskim zostało utrzymane.
            Inter pewnie zwyciężył Chievo, dzięki czemu w spokoju i z nadzieją mógł czekać na wieści z Florencji. Porażka z meczu wyjazdowego (jeszcze w erze Beniteza) została pomszczona, ale jak okazało się w niedzielę, było to raczej pyrrusowe zwycięstwo.
            Napoli wygrało pewnie i utrzymało przewagę, a Milan, mimo pozornie nerwowej końcówki, nie oddał prowadzenia w meczu z Violą. Meczu, w którym dobrze zaprezentował się Artur Boruc, „wyjmując” Rossonerim przynajmniej dwie bramki. Frey już wrócił po kontuzji. Między słupkami stanął jednak nasz rodak, ale mimo dobrej dyspozycji więcej mówiło się o kierunku, w którym się wypromował, niż o zdobyciu numeru 1. Ot , specyfika Serie A. Stara włoska szkoła mówi, że dobry bramkarz powinien drużynie w sezonie wybronić 10 punktów. W niedzielę nie doliczył sobie nasz ex-kadrowicz żadnego. A wszystko dlatego, że drużyna z Florencji powinna doświadczyć solidnego wietrzenia szatni. Grała ospale, bramki traciła łatwo, a w ofensywie nic specjalnego nie zaprezentowała. Pech. Gdyby grał w Napoli czy Lecce (drużyny te mają ambicję i grają „o coś”), już mógłby stać się ulubieńcem tifosich, a tak pewnie wróci na Wyspy, a przeciętny, młody, polski kibic nauczy się tylko z opowieści, że „Boruc wybitnym bramkarzem był”. Szkoda tym większa, że Glik, w tygodniu,  został wytypowany do dziesiątki  najgorszych transferów  w Serie A, w tym sezonie. Tyle w kwestii „Serie A, a sprawa polska”.
            Ale nie wszyscy po minionej kolejce mogą powiedzieć, że nie zmieniło się nic. Udinese skomplikowało sobie sytuację, po porażce u siebie z Romą. Poległo w okolicznościach dramatycznych (po karnym w 90 minucie). Jeśli dodamy, że obie bramki zdobył nieśmiertelny Totti (ponoć czuje się jakby miał 20 lat), to wyobrazić sobie możemy, co działo się w Rzymie owego wieczora. Roma coraz bliżej LM, z bogatym sponsorem w perspektywie. A po drodze do pobicia „tylko” Lazio. Wydaje się, że w takich okolicznościach „Magica” nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, tym bardziej, że będące w dołku Udinese jedzie w przyszły weekend na San Paolo. Będzie się działo.
Swoją drogą trudny orzech do zgryzienia będą mięli nowi włodarze Giallorossich. Mówi się o budowie drużyny, o napływie gotówki, o wielkich transferach… A tu, rewelacyjny duet- Vucinic, Boriello zepchnął w kąt Olimpico, przeżywający 30. młodość, Symbol Romy (sześć bramek w ostatnich meczach, w tym dwie z Lazio). Ale kto mówił, że będzie łatwo?
Coraz gorzej wygląda natomiast sytuacja Sampdorii. Ten zasłużony, bądź co bądź, klub stoi na krawędzi spadku do Serie B. Sytuacja to niesłychana, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jeszcze niedawno  "Blucerchiati" walczyli w europejskich pucharach, a w minionym sezonie przesądzili sprawę mistrzostwa dla Internazionale. Po ostatnim (ustalonym, jak mówią podejrzliwi) remisie z Chievo, przyszła porażka z walczącym o przetrwanie Lecce. I jeśli Genueńczycy, po raz kolejny, nie rozdadzą kart w partii o mistrzostwo Włoch (w najbliższy weekend grają z Milanem), to o utrzymanie będzie bardzo trudno.
W następnej kolejce hitów raczej brak. I jeśli nie zdarzy się katastrofa, to w poniedziałek, wnioski powinny być analogiczne do dzisiejszych… Tyle, że kolejne kolejki bez rewolucji, to kolejny krok do mistrzostwa Rossonerich. Mistrzostwa, które w obecnej sytuacji i przy aktualnej dyspozycji potentatów, nikogo już nie zdziwi.
I w całej Italii, tylko Nerrazzuri nie zaśpiewają- ”Myślę, że nie stało się nic”.

sobota, 2 kwietnia 2011

Cosa nostra e vostra??? - czyli tym razem o Lidze Mistrzów.

            Także  w tym roku los skojarzył Internazionale  i Bayern. Także w tym roku była to walka o coś więcej niż awans. Także w tym roku oba zespoły były ostatnimi (lub przedostatnimi) przedstawicielami swoich lig w LM, jak i w europejskich pucharach w ogóle. Stąd żadnego zaskoczenia nie stanowiło podwójne dno tej potyczki. Włosi i Niemcy znów walczą między sobą.
To, ile drużyn grać będzie o pieniądze LM, a ile będzie udawać rywalizację w biedniejszej Lidze Europejskiej zależy od wskaźników, punktów, wyników… itd. A szczerze, to od tego kto przejdzie dalej. Także w tym roku Inter okazał się lepszy, choć nie bez problemów.
            Nie będę obiektywny. Nie do tego stworzono blogi.  Emocje  w trakcie tego  spotkania były ogromne, humory zmienne, a wynik sprawiedliwy. Inter zwyciężył i mimo, iż niewielu w to wierzyło, wciąż zachował szansę na obronę tytułu. Gdyby wsłuchiwać się w puls Mediolanu i w głosy, które dochodziły ze zgrupowań Nerazzurich, to pewnie można by rzec, że przesłanki tego były. Piłkarze Internazionale obsesyjnie, jak utrzymują źródła, myśleli o rewanżu na Allianz Arena i nikt nie dopuszczał myśli o porażce. Przegraną na San Siro uznawali za koszmar, największą plamę w ich sportowych karierach. Plamę, którą z niespotykaną agresją i determinacją chcieli jak najszybciej zmazać.
Mecz był niesłychanie emocjonujący i, nie wdając się w szczegóły, udowodnił, że Inter ma pokłady ambicji i fantazji wręcz niespotykane, ale brakuje im taktycznego wyrachowania i „zimnej krwi” tak charakterystycznej dla drużyny Mourinho. Leonardo jest czarodziejem, dobrym duchem i największym fanem drużyny. Ale fakt, iż nie potrafi „postawić autobusu w bramce” gdy wymaga tego sytuacja, nie rokuje sukcesów. Nie byłoby zwycięstwa w LM gdyby nie wygrana w Mediolanie z Barceloną, to fakt. Ale nie było by go także, gdyby nie heroiczne catenaccio w meczu  rewanżowym, po niesłusznej kartce dla Motty. Catenaccio, które spowodowało, że jedyną szansą Barcy na odegranie się było włączenie zraszaczy uprzykrzających celebrowanie pokonanie rywala na jego własnym terenie.
Odsłonę mediolańską potyczki z „Dumą zraszaczy” oglądałem w restauracji w Neapolu. I nie mam złudzeń - specjalnego sentymentu do Internazionale nie wyczułem. Była radość po bramce Pedro, była po bramce Interu, pojawiały się złośliwe komentarze o Mediolańczykach. Najpierw nie rozumiałem, później przytaknąłem- „było, nie było jestem na południu”.
A piszę o tym w rocznicę zjednoczenia Włoch przez Garibaldiego, zjednoczenia które wszystkim wydaje się pozorne i wątpliwe. Nic nie łączy Neapolitańczyka z mieszkańcem Turynu. Bari i Mediolan- to wciąż odrębne galaktyki. Genoa i Palermo… leżą nad morzem… nic więcej.
Czy więc zwycięstwo Interu nad Bayernem znaczyło coś dla przeciętnego mieszkańca Włoch. Wierzę, że tak. A w wierze tej utwierdza mnie pamięć jednego zdania, które usłyszałem we wspomnianej restauracji w Neapolu. Będąc największym fanem Nerazzurich w owym miejscu usłyszałem w przerwie od neapolitańczyka- „ Vinciamo, vinciamo”.
A jednak „my” pomyślałem…
To dobrze. Już wkrótce mecz z Schalke.